Recenzja jedenasta. „Szatańskie tango”
László Krasznahorkai, „Szatańskie tango” – Literacka Nagroda Nobla 2025
László Krasznahorkai, laureat literackiej Nagrody Nobla za rok 2025, urodził się w 1954 roku w miejscowości Gyula na południu Węgier. Jest autorem dziewięciu powieści oraz kilku esejów i opowiadań. Zadebiutował w 1985 roku „Szatańskim tangiem”. Otrzymał wiele nagród literackich, w tym najbardziej prestiżową węgierską Nagrodę Kossutha i Międzynarodową Bookera, Jego książki, jeszcze przed przyznaniem mu literackiej Nagrody Nobla, przełożono na czterdzieści dwa języki. Mieszka na Węgrzech.
Przed kilkoma dniami „Szatańskie Tango” ukazało się w wydawnictwie Czarne, już z datą 2026, w „Nowej klasyce”. To seria wybitnych tytułów literatury światowej – zapomnianych arcydzieł, książek niesłusznie odrzuconych, zbyt śmiałych lub wyprzedzających swój czas. Układają się one w panoramę uniwersalnych ludzkich spraw i problemów, a zarazem są istotnym przypisem do współczesności.
Niezwykła powieść László Krasznahorkai z pewnością spełnia te wymogi. Jest mocna, przemawia do wyobraźni, a jej ponadczasowość nie budzi wątpliwości. Tak ją odbieram.
Książkę otwiera, przejmująca swym ekspresjonistycznym wyrazem, okładka. Zaprojektowana przez Agnieszkę Pasierską, z zamieszczoną ilustracją Karla Wienera, znakomitego austriackiego artystę grafika. Tytuł znaczący, „Die Besiegten” (ok. 1930). Przerażający obserwatorzy, „turyści” spod ciemnej gwiazdy, odwiedzający jakąś ponurą przestrzeń. I motto – „Zatem wolę błądzić, czekając na niego”. F. K.
To niewątpliwie Franz Kafka i jego wizja świata w „Zamku”. Przetłumaczona znakomicie przez Elżbietę Sobolewską książka Noblisty z 2025 roku, wywodzi się z nurtu postimpresjonistycznego, więc nie dziwi jej intertekstualność, świadome nawiązywanie do różnych dzieł światowej literatury, posługiwanie się pastiszem. „Szatańskie tango” jest bogate w literackie odniesienia i biblijne tropy. Rodzi się refleksja o wpływie nie tylko Kafki, ale i Marqueza, Becketta, Mrożka, z pewnością także „Wesela” Wyspiańskiego, z przejmującym finałem letargicznego tańca. „Biblia” jest obecna na wielu kartach książki, ale, niestety, w konwencji groteskowej. Nawet „bohater” nosi imię biblijne – „Irimias”. Kontekst jest przerażający. Wspaniała Księga Jeremiasza proroka i oszust, manipulant. To on, nagle zmartwychwstały, ma doprowadzić ogłupiałych mieszkańców biednej, pokomunistycznej węgierskiej wioski do… jasnej przyszłości. Zbiorowa halucynacja, zgoda na uwiedzenie przez „charyzmatycznego” przybysza, funkcjonuje bezbłędne. Pozostaje refleksja nad stanem ducha jednostki okradzionej z godności i nadziei.
W tym upiornym świecie trudno znaleźć postać do polubienia. Nawet budząca początkowo moją sympatię jedenastoletnia Estike, dziewczynka opóźniona umysłowo, zawodzi. Przynajmniej w myśl przyjętych zasad moralnych. Chociaż chętnie podyskutowałabym na temat jej rozumowania, motywacji… Głównym bohaterem powieści, której rytm wyznaczają odgłosy szatańskiego tanga, jest styl i nastrój. W lewo, w prawo, obrót – tak wyglądają frazy. Długie, zakręcone zdania, bywa, że niezgodne z zasadami stylistycznymi. Kręcą się niczym te ósemki kreślone przez pająki. Pozornie trudno się to czyta, ale tylko pozornie. Chce się wiedzieć, co będzie w następnym zawiłym zdaniu…
Nastrój październikowego dnia, z padającym bez przerwy deszczem i odgłosem uporczywie bijących dzwonów, jest nie do wytrzymania. I jeszcze wszechobecne błoto. Zaduch, lepkie powietrze, zapach rozkładu. Wszystkiego. Bo wszystko się kończy, umiera. To czas Apokalipsy, ale nie tej biblijnej, nie, tej z „diabelskiego tanga”…
To książka pełna wszystkiego – przewagi formy nad treścią, czarnego humoru, surrealistycznych i onirycznych wizji… Książka bez oczywistej przestrzeni i czasu, bez chronologicznego porządku wydarzeń. Koszmarna rzeczywistość oglądana jest z perspektywy pedantycznego, zdziwaczałego Dyrektora szkoły, który zaczyna i kończy swe niezborne notatki tymi samymi słowami, z biciem dzwonów w tle. Narrator chce uciec ze swego oswojonego miejsca, pozornie bezpiecznego. Ale… „Wsunął się z powrotem pod ciepłą kołdrę, przyłożył głowę do ramienia, nie potrafił jednak zamknąć oczu: upiorne bicie dzwonów i nagła cisza, pełne grozy milczenie napawały go przerażeniem, czuł, że teraz może zdarzyć się wszystko. Ale wokół nic nawet nie drgnęło, podobnie jak on nie poruszał się w łóżku, aż pomiędzy bezgłośnymi przedmiotami nagle nawiązał się nerwowy dialog…”.
Literatura nie musi pouczać (docere). Nie musi zachwycać wyszukaną formą (delecare), wystarczy, że pokazuje wizję świata, która porusza (permovere), nie pozwala zapomnieć. Takie właśnie jest zaproszenie Noblisty z 2025 roku do tej wybitnej książki. Przyjęłam je z zachwytem, ale z drżeniem serca.
Maria Ostrowska
László Krasznahorkai, „Szatańskie tango”, przekład Elżbieta Sobolewska. Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2026.




